Zanim o kobietach ormiańskich, to dla ciekawych bardziej tej strony tematu, napiszę pokrótce co u kobiety polskiej...
Wracam 5 marca, więc czasu niewiele, ale czas ostatni obfity niezwykle.
Właściwie te 2 miesiące od powrotu do Armenii są ziszczeniem marzeń o wolontariacie – każdemu życzę takiego ;)
- Praca: strasznie przejmowałam jak zaczęła się rozwalać moja organizacja goszcząca, bo w sumie ludzie, których bardzo lubię się jakoś podzielili. Chciałam szukać jakiegoś złotego środka, rozmawiałam z każdym po kolei, ale nic to nie przyniosło... Mają jakieś nienormalne ormiańskie mózgi, urażone dumy, uczucia, niespełnione ambicje i własne wyimaginowane światy, więc w końcu stwierdziłam, że guzik mnie to powinno obchodzić – ja im nie pomogę. Niech sobie robią co chcą. Ja tu przyjechałam może trochę przez nich ale nie dla nich i te ostatnie 2 miesiące projektu lepiej jak spożytkuję, na coś co tak naprawdę mnie kręci i daje mi sporo dobrej zabawy. Od momentu gdy tak zaczęłam myśleć świat stał się piękniejszy :)
Zatem Huis (dom dziecka):
Od grudnia mniej więcej zaczęłam uczyć ich grać na gitarze. Poza maluchami, starszą grupą dziewczyn, z którymi zawsze mogę wymienić parę zdań udało mi się (przez gitarę) trafić do grupy starszych chłopaków – dać im jakąś alternatywę, zaczęli się interesować muzyką, słuchać jej – szukać jakichkolwiek połączeń z gitarą – dla mnie rewelacja. A co najważniejsze zaakceptowali mnie jako swoją – mnie KOBIETĘ, niejednokrotnie w ich wieku albo niewiele starszą (choć nikt nie wie w domu dziecka ile mam lat :P) traktują jak ziomalkę. No więc uważam, że projekt w tym miejscu zakończy się sukcesem – dla nich i dla mnie. Oni poznali jakieś nowe płaszczyzny, stają się cool bo coś robią, tworzą – młodsi przychodzą i ich podziwiają nie za to, że udało im się coś ukraść, ale za to, że grają, że robią coś dobrego. A dla mnie nie tylko dlatego, że udało mi się ich czegoś nauczyć, ale dlatego, że udaje mi się powoli znów pokochać fortepian. Właściwie przychodzę do domu dziecka (tam jest całkiem fajne pianino) czasem głownie dla siebie. Wolny czas spędzam przy klawiszach – nie gram nie wiadomo jak dobrze i jak dobrych rzeczy, ale coraz więcej sobie przypominam, pozawalam sobie na coraz więcej. Czasem aż zaskakuje siebie, że tylko ze słuchu potrafię odtworzyć akompaniament jakiejś piosenki. Jest dobrze. Choć, gdy powiedziałam chłopakom, że chcę zrobić koncert 1 marca i chciałabym, żeby też wystąpili to mnie wyśmiali i powiedzieli, że nie są clownami. Kontakt z nimi nie urwany, ale relacje się nieco pogorszyły, ostatnio jednak znowu przychodzą. Typowa w tym miejscu i w tym kraju huśtawka nastrojów, przekomarzań, fochów, która powoduje tylko tyle, że coraz bardziej zagryzam zęby, żeby zrobić cokolwiek. Po odczekaniu swojego efekt przychodzi sam.
- Szkoła : Skupiłam się na głównie na angielskim – oczywiście nie bez odejścia od jakiejkolwiek sztuki :) Dzieciaki więc robią sporo rzeczy plastycznych. Opiera się to głównie różnych technikach kolorowania dużych obrazków, które wcześniej im narysuje (kotki, pieski, domek, szkoła, zima, lato itd.). No i je trochę przekupiłam, żeby się postarały uczyć – robię konkursy, daję im nagrody i co każde zajęcia wybieram nowego króla liczenia albo kolorów :) To naprawdę działa :) Nie wiem jak to zakończyć – ale ogólnie nie poświęcam temu miejscu zbyt wiele uwagi, szkoła to raczej obowiązek. Choć i tam zmieniam coś chyba. Moja klasa wygląda coraz ładniej – na każdej ścianie wiszą duże, kolorowe obrazki z podpisami po angielsku. Te ich szkoły są strasznie smutne – na korytarzach wiszą tylko obrazy znanych Ormian i tablice jak zachować higienę. W klasach może jeden obrazek, ławki, krzesła i to wszystko. Więc właściwie mogę powiedzieć, że do mojej klasy przychodzą wycieczki ciekawskich jak do muzeum i się zachwycają jak jest ładnie. Obrazki na pewno zostaną w tej szkole, bo nauczycielki chcą je sobie zabrać do klas – to miłe :)
Poza tym ludzie... Odkryłam przypadkiem POLONIĘ W GYUMRI, która paradoksalnie stała się dla mnie źródłem życia ormiańskiego. Wzięłam udział w uroczystościach rodzinnych, odtańczyłam nawet rytualny taniec z tortem i poznałam przemiłych ludzi. Ponadto odbyłam sobie ostatnio mid-term meatning (taki trening, jaki odbyć się powinien w środkowej części projektu :P), który był tym czego od dawna potrzebował mój mózg i organizm. Potrzebne rozmowy w bardzo miłym towarzystwie, europejskie imprezy do białego rana i fantastyczni, nowo przyjezdni ludzie z równoległego on-arrival training, z którymi spędziłam kolejny weekend (i wygląda na to że spędzę jeszcze kolejne ;) ).
W samym Gyumri z Tomem i Armanem (lokalny artysta malarz) utworzyliśmy sobie nieoficjalny klub filmowy, a Amerykanów od czasu do czasu uczę robić jakieś polskie potrawy – bigos i pierogi sprzedały się znakomicie ;)
Coś dodać? Tyle, że ze zdrowiem w porządku, podróżuję troszkę i wiosna przyszła na chwilę (w Gyumri oczywiście w wykonaniu 5 st w dzień, –10 w nocy, ale np. w odległym o 80 km Vanadzorze w ostatni weekend było w dzień prawie 20 :) a to więcej niż mam w pokoju :P)
Mam nadzieję popisać jakieś ciekawostki do czasu mojego wyjazdu, choć to tylko 2 tygodnie się ostały :) Kto by pomyślał...
Zdjęcia dodam za kilka dni.
skomentuj (4)
Tak mi się wydaje, że nie napisałam tego co mnie kobietę trapiło od samego początku. Nie napisałam z pewnością dlatego, że do problemów owych kulturowych po prostu się przyzwyczaiłam... Rzeczy, które zaraz wymienię, nie dotyczą oczywiście całej Armenii. Miasto Erewan, które mieści w sobie połowę populacji tegoż kraju, powoli się zmienia i wyzbywa tradycyjnych przyzwyczajeń. Czasem można nawet spotkać kogoś w glanach! Mimo wszystko proces europeizacji czy też globalizacji tego 1,5 milionowego miasta postępuje (jak wszystko w Armenii) dość wolno, a ja jako mieszkanka prowincji, patrzę na to miasto dość powierzchownie, dlatego też przedstawię zasady społeczne znane w pozostałych częściach Armenii, szczególnie w konserwatywnym i tradycjonalistycznym mieście Giumri:
Zatem, czego kobiecie w Armenii nie wolno:
- przesiadywania samotnie w kawiarniach - nawet jeśli ma ogromną ochotę wypić filiżankę kawy, to lepiej jeśli weźmie ze sobą przyjaciółkę (tak, tak przyjaciółka to na pewno najlepsza pomoc przy piciu kawy). Jeśli w ogóle siedzi samotnie w jakimkolwiek miejscu publicznym, to dla ormiańskich mężczyzn równie dobrze mogłaby sobie napisać na czole „przeleć mnie” i znaczyłoby to samo...
- właściwie w ogóle poruszać się samotnie (no chyba, że po domu), a po zmroku to już w ogóle niedopuszczalne. Wniosek albo jesteś nienormalna albo to co wyżej.
- palić w ogóle. To po raz kolejny zwyczaj dobry dla prostytutek. A paląca kobieta na ulicy to już skandal na miarę miasta (tak Maju przykro mi... ;) ). Pytanie za 100 pkt jest tylko jedno – ile kobiet Armenii pali? Odpowiedź oficjalna: za pewne ok. 2% to właśnie te prostytutki, a odpowiedź prawdziwa – zdecydowanie więcej, tylko oczywiście nikt nic nie widzi, nikt nic nie wie...
- kontynuując temat prostytucji – kobiecie absolutnie nie wolno siadać na miejscu obok kierowcy w marszrutce. Nawet jeśli tył jest zapchany milionem dzieci, toreb, pudełek, kartonów i pozostałych pasażerów, jeśli kobieta usiądzie z przodu wszyscy w marszrutce wiedzą, że mają na pokładzie ladacznicę...
- To właściwie powinno być na początku... Jeśli kobieta wychodzi za mąż za Ormianina, pod sądem sąsiadów, rodziny dalszej i bliższej zmuszona jest zachować dziewictwo do nocy poślubnej. Biada jej, jeśli w noc tę nie zaopatrzy się w roztwór koloru krwistego, gdyż rano jej kochana swekrucha da znać przyjaciółkom, sąsiadkom, wszystkim spokrewnionym oraz lokalnej telewizji, że jej niewiastka prowadziła się nieprzyzwoicie...
- kobiecie Ormiance wyjść za mąż za Turka. Skazuje się na opuszczenie kraju pod groźbą ukamienowania...
- publicznego wypowiadania zdania odmiennego niż mąż (a czasem posiadania swojego zdania w ogóle). Kara – publiczne przyprowadzenie do porządku.
- wychodzić z domu bez makijażu. Można sobie nawet czasem odpuścić wysokie buty, czy ostatecznie świecącą kurteczkę, ale bez mejkapu to już policzek w twarz...
- posiadania więcej niż 2 chłopaków w życiu (właściwie posiadania chłopaka w ogóle). Jeśli sąsiadka zauważy, że ona spotyka się zbyt często z kolejnym potencjalnym absztyfikantem, to lepiej niech zmieni miasto a najlepiej kraj, bo przyklejona do niej łatka „zbyt łatwa”, sprawi, że nie znajdzie sobie tu już męża...
- nie posłuchać zdania ojca czy brata (zwłaszcza w doborze partnera)
- nie wolno jej nigdy zgodzić się na cokolwiek za pierwszym razem (nawet na herbatę proponowaną przez przyjaciółkę). Tak, skromność to podstawa.
- Nie wyjść za mąż do 24 roku życia. Jeśli nie zawrze związku małżeńskiego do tego czasu jest zepchnięta na margines społeczny niżej niż błąkający się pies.
skomentuj (7)
Stało się to, czego do tej pory żaden z moich poprzedników nie doświadczył, a mianowicie przyszło mi skorzystać z czegoś takiego jak ormiańska służba zdrowia. Przyszło i to w bólach...
O tym jakie warunki i zasady panują w
ormiańskich szpitalach nasłuchałam się trochę podczas półrocznego pobytu tutaj.
Wiem, że za wszystko i wszędzie trzeba dawać łapówki, a Ormianie czy to z
własnej głupoty, czy właśnie ze strachu przed nieprofesjonalizmem i korupcją w
służbie zdrowia, unikają lekarzy jak ognia. Ogólnie preferują domowe, naturalne
sposoby leczenia, które czasem i mają pewne plusy, ale niejednokrotnie włosy
stawały mi dęba, gdy widziałam czy słyszałam o niektórych z nich...
Przykład? W moim pierwszym domu, mama trójki dzieci Lusine dnia pewnego miała krwotok (sprawy kobiece tak to ujmijmy...). Słaniał się z bólu, krwawiła, ale o lekarzu mowy nie było. Sposób był taki: zeszły się wszystkie kobiety z jej najbliższej rodziny w Giumri, zamknęły się w jednym pokoju, po środku posadziły Lusine, owinęły ją jkąś szmatą dookoła brzucha, dały gorzkiej czekolady i radziły – co jedna to lepiej. Mnie oczywiście jako żeńską część domu również zaprosiły na swój sabat, ja jednak czmychnęłam stamtąd najszybciej jak się dało. Mężczyzn znalazłam odseparowanych w jadalni, gdzie zajmowali się dziećmi, sobą i telewizorem. Po kilku dniach sprawa ucichła, powiedzieli mi, że przedawkowała z jakimiś tabletkami... Komentarz? Zbędny.
No ja jednak nie skorzystałam ze sposobów domowych, ale po kolei...
Kilka dni po powrocie z Polski do Armenii pan brzuch zaczął dawać o sobie znać... Myślę – no jasne, znowu przystosowanie do tej flory bakteryjnej. Jednego dnia rano pobolewa potem przestaje, drugiego to samo. Ale jak na czwarty dzień zabolało to wiedziałam, że to już nie żarty...
Szczęściem gościła u mnie w tym czasie Maja, więc było z kim od razu skonsultować powagę sytuacji. Ból taki, że już nie wiem jak leżeć, jak stać, na myśl o jedzeniu czy piciu robi mi się niedobrze. Dzwonię do Hovika i pytam się czy ma tu jakiegoś dobrego lekarza. Za 20 min jest pod moim domem i jedziemy do jego lekarza rodzinnego – cioci Larysy.
Przychodnia zdrowia. Od samego siedzenia tam i czekania na ciocię Larysę już można się pochorować. Temperatura w gabinecie na pewno nie przekraczała 12˚ C. No dobrze, ale tam niestety jeszcze czekamy 5 min ormiańskiego czasu (ponad 20 min normalnego zegarowego) – boli, zimno, ale ok. ... Kobieta przychodzi, coś tam bada, szczęściem cały czas obok jest Maja, bo bardziej rozumie rosyjski, i przynajmniej wiem o co szanowna pani doktor mnie pyta. Oczywiście pytanie zasadnicze w przypadku bólu brzucha: czy mam męża? Odpowiadam: nie, na pewno nie jestem w ciąży! Tak już tutaj jest, że bycie w ciąży absolutnie nie wchodzi w grę, gdy nie jest się zamężną, a diagnoza dla każdej mężatki, gdy dolega jej cokolwiek jest taka, że prawdopodobnie jest w ciąży... No więc wyjaśniłyśmy sobie to i owo i wysłała mnie na USG.
Szpital nr 1. Szczęściem okazało się, że dr ciocia Larysa jest żoną dyrektora szpitala, gdzie jest USG, więc wystarczył jeden telefon. Podjeżdżamy pod drzwi zgarnia mnie jakaś kobieta, szybkim strzałem omijamy ogromną kolejkę do USG i już ląduję na łóżeczku obok maszynki z dżojstikiem i telewizorkiem. Pan doktor wygląda tak, jak zawsze wyobrażałam sobie Ormian. Postawny, ciepły, wyglądający na inteligentnego mężczyzna z wąsem i pod krawatem. Oczywiście mówię mu o co chodzi, a on zanim jeszcze przeszedł do badania zadał mi pytanie podstawowe: czy mam męża? Odpowiadam: nie, na pewno nie jestem w ciąży! No wiec dobrze. Patrzy w sw ój ekranik i już po kilku sekundach się uśmiecha i mówi: no tak, kamień Pani wychodzi z nerek. No to ja jak usłyszałam nerki to zaczęłam beczeć, bo ten temat w mojej rodzinie to akurat hasło do paniki. Mówi, że wszystko ok., że on zaraz wylezie i będzie dobrze, ale dziwi się, że przyszłam dopiero dzisiaj, bo mnie przecież musiało boleć wcześniej... I tak Dag ę masochistk ę z opisem USG odsyła do pana urologa. Ten szpital wyglądał nienajgorzej – właściwie jak sporo naszych.
Szpital nr 2. Tutaj nie znajdujemy pana urologa, ale nie wiem czy znaleźć można tu cokolwiek poza chłodem i paniami w białych czepkach i kitlach, które były zmuszone opowiedzieć nam na jakieś pytanie...
Szpital nr 3. Tutaj znajdujemy pana urologa. Kolejny pan doktor, który wygląda dość poważnie, do tego pół ściany w dyplomach międzynarodowych i to nazwisko... NERKADZE. Jak stwierdza od razu Maja – lepiej trafić nie mogliśmy, to musi być specjalista od nerek :) Zatem nasz pan specjalista po pierwsze spełnia moje marzenie dnia i wysyła mnie od razu na zastrzyk przeciwbólowy. Jeeee... Nie straszne mi już panie pielęgniarki, chłód gabinetów, świat zaczyna wirować, ja przestaje czuć ból i jednocześnie obniża się mój poziom percepcji, więc nie do końca wiem już co mówi pan doktor, ale szczęściem jest Maja i Hovik i oni wszystko pamiętają.
Teraz do domu, nagrzać pieczkę, kupić jakieś tabsy i nabyć mojego najlepszego, od tego dnia, ormiańskiego przyjaciela termoforka. Spędzam więc tak kilka dni leżąc w łóżku, pijąc ile się da, przyjmując gości, z których każdy z nich przynosi herbaty i soki z dzikiej róży bo to oczywiście pomaga na nerki. Dostaję jeszcze milion tysięcy domowych rad co powinnam jeść, pić i czym się kurować.
W końcu po kilku dniach mobilizowania Hovika, żeby mi załatwił w Erewanie rentgena, którego koniecznie kazał zrobić dr Nerkadze udaje się nam na niego pojechać. Tam czeka już pani radiolog – sąsiadka, kuzynki Hovika i przez jakieś 3 godziny przebywamy w tym szpitalu, gdzie pstrykają mi fotki retgenowe, wstrzykują kontrast, robią raz jeszcze USG, itp.. Ostatecznie pani stwierdza, że był to kamień, ale już sobie poszedł. Płacąc miliony za te zdjęcia, użerając się z panią księgową, która to biedna musi mi wystawić fakturę potrzebną do ubezpieczenia, spokojna opuszczam tą ostatnią erewańska lecznicę i z nadzieją nie odwiedzania takich miejsc już nigdy więcej, opuszczam miasto Erewan...
Właściwie, poza standardową zapłatą za usługi (zdjęcia rentgenowskie, USG) żaden z lekarzy nie wziął od nas ani drama. Zazwyczaj byli dość podekscytowani, że muszą leczyć kogoś z zagranicy, więc starali się zrobić wszystko jak najlepiej i wypaść i jak najlepiej (takie przynajmniej odniosłam wrażenie).
Znowu przyspieszony powrót do Polski był bliski, ale nie. Trzeba mi tu jeszcze troszkę posiedzieć, a (pomijając przygody ze zdrowiem) siedzi mi się tu wybornie ;)
skomentuj (3)
Były Święta, była Polska, było dziwnie i męcząco i chodząco i leżąco. W każdym razie było. Miesiąc prawie wyszedł. Kto widział to patrzył, kto słyszał ten słuchał. Ja słuchałam długo żeby się przysłuchać, przyzwyczaić i nie fukać. Małe preludium, do powrotu. Mała przerwa, żeby się zastanowić nad wszystkim.
Czy dobrze tak odzwyczaić się od przyzwyczajenia? Jasne, że dobrze. Dobrze też wiedzieć czego się chce- teraz wiem.
Dobra tyle zamotanego wywodu osobistego – wiernych fanów przepraszam, za dwumiesięczną dziurę. Zobaczymy jak wyjdzie z nadrabianiem zaległości... do dzieła!
skomentuj (2)